header
Tetmajer PDF Drukuj E-mail
Wpisał surawka   

"Nie wierze w nic"

Nie wierzę w nic, nie pragnę niczego na świecie,

Wstręt mam do wszystkich czynów, drwię z wszelkich zapałów:

Posągi moich marzeń strącam z piedestałów

I zdruzgotane rzucam w niepamięci śmiecie...

A wprzód je depcę z żalu tak dzikim szaleństwem,

Jak rzeźbiarz, co chciał zakląć w marmur Afrodytę,

Widząc trud swój daremnym, marmury rozbite

Depce, plącząc krzyk bólu z śmiechem i przekleństwem.

I jedna mi już tylko wiara pozostała:

Że konieczność jest wszystkim, wola ludzka niczym -

I jedno mi już tylko zostało pragnienie

Nirwany, w której istność pogrąża się cała

W bezwładności, w omdleniu sennym, tajemniczym

I nie czując przechodzi z wolna w nieistnienie

"HYMN DO NIRWANY"

Z otchłani klęsk i cierpień podnoszę głos do ciebie.

Nirwano!

Przyjdź twe królestwo jako na ziemi, tak i w niebie.

Nirwano!

Złemu mnie z szponów wyrwij, bom jest utrapień srodze,

Nirwano!

I niech już więcej w jarzmie krwawiącym kark nie chodzę,

Nirwano!

Oto mi ludzka podłość kałem w źrenice bryzga.

Nirwano!

Oto się w złości ludzkiej błocie ma stopa ślizga.

Nirwano!

Oto mię wstręt przepełnił, ohyda mię zadusza.

Nirwano!

I w bólach konwulsyjnych tarza się moja dusza.

Nirwano!

O przyjdź i dłonie twoje połóż na me źrenice.

Nirwano!

Twym unicestwiającym oddechem pierś niech sycę.

Nirwano!

Żem żył, niech nie pamiętam, ani wiem, że żyć muszę.

Nirwano!

Od myśli i pamięci oderwij moją duszę.

Nirwano!

Od oczu moich odegnaj złe i nikczemne twarze.

Nirwano!

Człowiecze zburz przede mną bożyszcza i ołtarze,

Nirwano!

Niech żywot mię silniejszych, słabszych śmierć nie uciska.

Nirwano!

Niech błędny wzrok rozpaczy przed oczy mi nie błyska.

Nirwano!

Niech otchłań klęsk i cierpień w łonie się mym pogrzebie.

Nirwano!

I przyjdź królestwo twoje na ziemi, jak i w niebie.

Nirwano!!

"KONIEC WIEKU XIX"

Przekleństwo?... Tylko dziki, kiedy się skaleczy,

złorzeczy swemu bogu, skrytemu w przestworze.

Ironia?... lecz największe z szyderstw czyż się może

równać z ironią biegu najzwyklejszych rzeczy?

Idee?... Ależ lat już minęły tysiące,

A idee są zawsze tylko ideami.

Modlitwa?... Lecz niewielu tylko jeszcze mami

Oko w trójkąt wprawione i na świat patrzące.

Wzgarda... Lecz tylko głupiec gardzi tym ciężarem,

którego wziąć na słabe nie zdoła ramiona.

Rozpacz?... Więc za przykładem trzeba iść skorpiona,

co się zabija, kiedy otoczą go żarem?

Walka?... Ale czyż mrówka wrzucona na szyny

może walczyć z pociągiem nadchodzącym w pędzie?

Rezygnacja?... Czyż przez to mniej się cierpieć będzie,

gdy się z poddaniem schyli pod nóż gilotyny?

Byt przyszły?... Gwiazd tajniki któż z ludzi ogląda,

kto zliczy zgasłe słońca i kres światu zgadnie?

Użycie?... Ależ w duszy jest zawsze coś na dnie,

co wśród użycia pragnie, wśród rozkoszy żąda.

Cóż więc jest? Co zostało nam, co wszystko wiemy,

dla których żadna z dawnych wiar już nie wystarcza?

Jakaż jest przeciw włóczni złego twoja tarcza,

człowiecze z końca wieku?... Głowę zwiesił niemy.

 

"WIECZNIE SAMOTNI"

Wiecznie samotni!... Pośród tłumu ludzi,

gdy serce nasze wstrząśnie ich sercami,

gdy dusza nasza ich dusze obudzi

i tłum ten cały koło nas się toczy,

dłoń wyciągając ku nam, wznosząc oczy:

jesteśmy sami.

Wiecznie samotni!... Gdy w najbliższym kole

twarze gorzkimi zraszają się łzami,

wspólne pragnienie zaświeci na czole

albo wybuchną ludzie szczerym śmiechem:

my, łzom i szczęściu wtórujący echem,

jesteśmy sami.

Wiecznie samotni!... Nawet w takiej chwili,

gdyśmy spleceni wzajem ramionami

z kobietą dusze i ciała złączyli,

gdy z nią przeniknąć pragniemy się wzajem,

jej serce bierzem i jej serce dajem:

jesteśmy sami.

Wiecznie samotni, wiecznie szukający

z wiecznej nadziei wiecznymi złudami,

pełni tęsknoty gorzkiej i palącej,

błądzim po świecie, dziwne, obce cienie -

wreszcie ostatnie wydając westchnienie

jesteśmy sami

 

"EVVIVA L´ARTE!"

Evviva l'arte! Człowiek zginąć musi -

cóż, kto pieniędzy nie ma, jest pariasem,

nędza porywa za gardło i dusi -

zginąć, to zginąć jak pies, a tymczasem,

choć życie nasze splunięcia niewarte:

evviva l'arte!

Evviva l'arte! Niechaj pasie brzuchy,

nędzny filistrów naród! My, artyści,

my, którym często na chleb braknie suchy,

my, do jesiennych tak podobni liści,

i tak wykrzykniem: gdy wszystko nic warte,

evviva l'arte!

Evviva l'arte! Duma naszym bogiem,

sława nam słońcem, nam, królom bez ziemi,

możemy z głodu skonać gdzieś pod progiem,

ale jak orły z skrzydły złamanemi -

więc naprzód! Cóż jest prócz sławy co warte?

evviva l'arte!

Evviva l'arte! W piersiach naszych płoną

ognie przez Boga samego włożone:

więc patrzym na tłum z głową podniesioną,

laurów za złotą nie damy koronę,

i chociaż życie nasze nic niewarte,

evviva l'arte!

"JA, KIEDY USTA"

Ja, kiedy usta ku twym ustom chylę,

nie samych zmysłów szukam upojenia,

ja chce, by myśl ma omdlałą na chwile,

chce czuć najwyższą rozkosz - zapomnienia...

Namiętny uścisk zmysły moje studził - -

czemu ty patrzysz z twarzą tak wylękłą?

Mnie tylko żal jest, żem się już obudził

i ze mi serce przed chwila nie pękło.

Błogosławiona śmierć, gdy się posiada,

czego się pragnie nad wszystko goręcej,

nim twarz przesytu pojawi się blada,

nim się zażąda i znowu, i więcej

 

"LUBIĘ, KIEDY KOBIETA..."

Lubię, kiedy kobieta omdlewa w objęciu,

kiedy w lubieżnym zwisa przez ramię przegięciu,

gdy jej oczy zachodzą mgłą, twarz cała blednie

i wargi się wilgotne rozchylą bezwiednie.

Lubię, kiedy ją rozkosz i żądza oniemi,

gdy wpija się w ramiona palcami drżącemi,

gdy krótkim, urywanym oddycha oddechem

i oddaje się cała z mdlejącym uśmiechem.

I lubię ten wstyd, co się kobiecie zabrania

przyznać, że czuje rozkosz, że moc pożądania

zwalcza ją, a sycenie żądzy oszalenia,

gdy szuka ust, a lęka się słów i spojrzenia.

Lubię to -i tę chwilę lubię, gdy koło mnie

wyczerpana, zmęczona leży nieprzytomnie,

a myśl moja już od niej wybiega skrzydlata

w nieskończone przestrzenie nieziemskiego świata.